Domowy chlebek dyniowy; kawa z cynamonem.
Przede wszystkim chciałabym Wam bardzo podziękować za wczorajsze słowa wsparcia i otuchy :) Jesteście kochane!
Przemyślałam sobie wszystko. Przybiegłam lekko, w sumie mogłabym pobiec dalej (rodzice zrobili zdjęcie, jak tuż przed metą radośnie im macham i uśmiecham się do aparatu). Dotarło do mnie, że przecież nie chciałam pobijać żadnych rekordów. Gdyby nie moja chora ambicja i chęć bycia lepszym, wynik totalnie by mnie nie obchodził. Bo przede wszystkim chciałam pobiec, poczuć tą atmosferę, sprawdzić się...I rzeczywiście - na trasie, wśród oklasków, uśmiechów i dopingujących okrzyków, czułam się...po prostu szczęśliwa. Aż uśmiechałam się sama do siebie.
Wynik jest ważny, ale nie najważniejszy. Muszę przestać zwracać uwagę na cyferki, a skupić się na tym, co niezapomniane i co pozostaje do końca życia. Bo wynik można poprawić. Emocji, przeżyć, doświadczeń nie zmienisz.
Dlatego mam nadzieję, że dzień 23.09.2012 nie zostanie w mojej pamięci jako dzień porażki, ale jako dzień zwycięstwa. Nad własnymi słabościami, nad nieumiejętnością przegrywania. Dzień pierwszego ćwierćmaratonu (i życiowego rekordu - pierwszy tak długi bieg i w tak szybkim czasie - zwykle biegam trochę wolniej) i...
...pierwszego jubileuszu! Kompletnie uszło to mojej uwadze - wczoraj zjadłam z Wami 50 śniadanie! :D
Uff, ale się rozpisałam. Nie zdziwię się, jeśli nie będzie Wam się chciało tego przeczytać. Ale co tam. Po prostu musiałam się wygadać.